wtorek, 1 kwietnia 2014

Boys Keep Swinging (na życzenie)



Dochodziło południe. Temperatura wciąż rosła i nie zapowiadało się by w ogóle miała spaść do wieczora. Na wyschniętych, asfaltowych ulicach wciąż unosił się odór spalin i palonej gumy.
Patrzyłem na to wszystko przez otwarte okno w pokoju, siedząc na balkonie z wpół wypalonym Marlboro Gold w prawej dłoni. Nikogo jeszcze nie było w domu, więc miałem czas na chwilę dla siebie, ulubionej muzyki i pieprzonego spokoju.
W takie gorące poranki nie było nawet sensu zabierać rolek pod rękę i gdziekolwiek się ruszać. Wydawało się że pod nogami miękły z gorąca nawet chodniki. Strasznie mnie to wściekało. Człowiek nie miał na nic ochoty i najchętniej pozostałby w cieniu pokoju aż do wieczora.
W końcu ruszyłem się z parapetu, wyrzucając papierosa za okno. Podszedłem do gitary i wziąłem ją do ręki, ale absolutnie nic mi nie przechodziło pod palcami do zagrania. Po dziesięciu minutach nieudolnych prób zagrania Iron Man’a po prostu zacząłem improwizować. Ale rozdrażniło mnie to tylko bardziej i po prostu odstawiłem swoją kochankę na miejsce.
Nie potrafiłem  ze sobą nic zrobić. Wykalkulowałem sobie co jeszcze mogę zmajstrować. Do głowy przychodziły mi same działania, które prawdopodobnie skończyłyby się zrobieniem sobie krzywdy. Z braku laku puściłem w odtwarzaczu na komodzie jakiś polski, punkowy zespół, padłem na łóżko i wziąłem telefon do ręki.
Zajęło mi dosłownie kilka minut, by połączyć się z tym świrem.

            Ubrałem bluzę, założyłem trampki i zatrzasnąłem drzwi. Obok mnie stał J., jak zawsze szczerzący się do mnie jak popieprzony.
- A gdyby to wypaliło? Co Ty na to? – W głowie J. działo się coś bardzo niedobrego, a ja naprawdę nie chciałem w to bardziej wchodzić.
- Stary, to nieetyczne. Tak się po prostu nie robi. – Mruknąłem, spoglądając ze swoich butów od czasu do czasu na ciemną, oświetlaną wyłącznie słabymi latarniami drogę. – Chcesz to pójdziesz sam. Mam szacunek do kobiet.
- Taaa, też mam. Ale nie do tępych kurew. Nie myślisz że sobie na to zasłużyła? Że to nie był ostatni raz? – Tu J. zaszedł mi drogę i spojrzał mi w oczy. Bardzo nie chcąc wchodzić z nim w kontakt wzrokowy, udawałem że rozglądam się po ulicy. – Nie. To się powtórzy po raz drugi, trzeci, dziesiąty. Ta mała dziwka złamie mi serce po raz kolejny. Leczyłem się po niej pieprzone półtora roku. Słuchasz mnie? – Spojrzałem w końcu na jego czerwoną od złości i chłodu twarz. Przez chwilę pogrążyłem się w myślach, przyglądając się każdej małej grudce na jego czole pod postacią zmarszczek.
- Jedyne co osiągniesz to pokażesz jej że nadal Ci na niej zależy, J. – Odparłem niechętnie i wyminąłem go, skoro nadal nie zamierzał zejść mi z drogi. – Tylko po to wyciągnąłeś mnie z domu na tę pizgawicę? By wyżalić mi się jak pizda zamiast zakończyć tą żałosną walkę z samym sobą?
Przez chwilę czułem już na ramieniu głośniejszy oddech wkurwionego J’ja, gotowego przywalić mi w każdej chwili, jednak w ostatnim momencie go ochłodziłem.
- Rzuć zielsko, które ciągniesz od tamtego okresu, weź się w garść i rozejrzyj się. Jest mnóstwo wartościowych dziewczyn dookoła. Tylko nie umiesz tego dostrzec w… eee… takim stanie. – Usiłowałem przekazać mu tą prostą rzecz jeszcze mniej skomplikowanym słowami, aby go przypadkiem nie obrazić. Sądząc teraz po jego wyjątkowo zamyślonym wyrazie twarzy, chyba mi się udało.
- Masz rację, stary. Ale wiesz że to nie jest takie proste. – Mruknął, dorównując mi znów kroku.
- Domyślam się – Westchnąłem zmęczony.
Przez następne piętnaście minut nikt się nie odzywał. Znaczy, wydaje mi się że tyle minęło. Przez cały spacer nie wyciągnąłem telefonu, a gdy już miałem zamiar, przypominały mi się powiadomienia od ojca który mogły dojść w każdej chwili. Krzywię się do siebie na samą myśl. W końcu nie wyciągam telefonu i nasz przydługi spacer J. kończy na przystanięciu przed jakąś niewielką knajpą.
- Chodź, pogadamy w środku. Dupa mi zaraz odmarznie.
- Jeśli nadal będziesz mówił o M. z taką ekspresją, wyjebią nas za drzwi zanim cokolwiek zamówisz. – Zauważyłem. Wskazałem mu na drzwi knajpy.- Chodź, tylko przymknij się.
J. kiwnął głową niechętnie i pokierował się za mną do drzwi. Otworzyłem je cicho, a zawiasy odpowiedziały nienaturalnym piskiem. Usiedliśmy gdzieś na uboczu i gdy tylko padłem na kanapę, odpaliłem papierosa.
Znajdowaliśmy się w naszej ulubionej dziurze na obrzeżach dzielnicy. Nie przytoczę nazwy, ponieważ minęło sporo czasu i nie byłem w stanie przypomnieć sobie, co pod zabrudzonym napisem przed głównymi drzwiami było dokładnie napisane. Brzydziły mnie takie miejsca jak to, ale był to ulubiony – i jedyny do którego wciąż go wpuszczają – lokal J. Do innych od pewnego czasu nie miał już wstępu, od kiedy właściciele dowiedzieli się o całym tym przypale, jaki robił przed innymi miejscówkami. Niektórzy po stronach oskarżali go o handel zielskiem, ale nie była to rzecz jaka najbardziej interesowała mnie w tym kolesiu, więc nigdy o to nie pytałem.
Gdy tylko usadziliśmy się w wybranym odgórnie miejscu, zamówiliśmy po jakimś piwie, później po kilka kolejek i cały czas próbowałem przekonać przyjaciela co do zmiany decyzji swojego obiektu uczuć, chociaż ten nie dawał za wygraną.
- Nie wiesz jakie to uczucie, zaprosić ‘kobietę swojego życia’ w najbardziej wartościowe dla Ciebie miejsce w tym całym zapchlonym syfie, po czym wrócić tam samemu jakiś czas później i zastać Twoją miłość z innym pieprzonym gnojkiem!
Milczałem chwilę, myśląc co właściwie mu odpowiedzieć. Popiół z mojego papierosa już dawno opadł na stolik siłą grawitacji i utworzył malutki, szary kopczyk.
- A K.? – Zmarszczyłem lekko brwi. – Ona nie proponowała Ci jakiegoś spotkania? Przecież wiesz jak jej na Tobie zależy.
- Przestań, przestań. – Warknął na mnie wymachując dłonią. – Proszę Cię, nie rób mi tego i przestań o niej mówić. Ona spadła dwa razy tyle w dół co M. Widziałem ją niedawno w Sound Clubie. Co tydzień przychodzi tam z innym facetem. Dobry ma obrót, nie? – Prychnął i niemalże uderzył dłonią o stolik tak, że nasze puste kieliszki prawie odpadły jak liście z jesiennego drzewa na podłogę. W ostatniej chwili przytrzymałem je po kolei, by nie sturlały się przez kant stołu.
- Słucham? – Mruknąłem pod nosem i popatrzyłem na niego jakby niedowierzająco – Chcesz mi powiedzieć że…
- Jest głupią kurwą!
- … Naprawdę? A skąd wiesz czy to nie jest po prostu jej… eem… bogate życie seksualne? Też takie prowadzisz, podobno – Przewróciłem oczami – jest bardzo porządna. Czasem przychodzi do R. do skateparku w weekendy. To jej brat. I wie o wszystkim. Skoro dba o siebie i nie roznosi syfu to w czym problem?
J. jakby na chwilę stracił poczucie rzeczywistości i wyłączył się z rozmowy dla głębszych zastanowień. Miałem już tego dosyć. Przeszedłem pół dzielnicy w środku nocy, by usiąść z nim na kilka minut do syfiastego stolika i posłuchać żali. Czułem się po prostu znudzony.
- Wychodzę. Trzymaj się. – Zostawiłem mu kasę przy popielniczce i ruszyłem się z baru. Przeszedłem kilka kroków do głównej ulicy i kierowałem się już tylko przed siebie w stronę domu. Noc zbliżała się ku końcowi, a ja nadal nie skleiłem nic na gitarze. Trzecia dwanaście. Na moim telefonie pięć nieodebranych połączeń i osiem wiadomości. Głównie od ojca, w tym dwie od mamy. Zmarszczyłem lekko brwi i przyspieszyłem kroku.