Dochodziło południe. Temperatura wciąż rosła i nie
zapowiadało się by w ogóle miała spaść do wieczora. Na wyschniętych,
asfaltowych ulicach wciąż unosił się odór spalin i palonej gumy.
Patrzyłem na to wszystko przez otwarte okno w pokoju, siedząc
na balkonie z wpół wypalonym Marlboro Gold w prawej dłoni. Nikogo jeszcze nie
było w domu, więc miałem czas na chwilę dla siebie, ulubionej muzyki i
pieprzonego spokoju.
W takie gorące poranki nie było nawet sensu zabierać rolek
pod rękę i gdziekolwiek się ruszać. Wydawało się że pod nogami miękły z gorąca
nawet chodniki. Strasznie mnie to wściekało. Człowiek nie miał na nic ochoty i
najchętniej pozostałby w cieniu pokoju aż do wieczora.
W końcu ruszyłem się z parapetu, wyrzucając papierosa za
okno. Podszedłem do gitary i wziąłem ją do ręki, ale absolutnie nic mi nie
przechodziło pod palcami do zagrania. Po dziesięciu minutach nieudolnych prób
zagrania Iron Man’a po prostu zacząłem improwizować. Ale rozdrażniło mnie to
tylko bardziej i po prostu odstawiłem swoją kochankę na miejsce.
Nie potrafiłem ze
sobą nic zrobić. Wykalkulowałem sobie co jeszcze mogę zmajstrować. Do głowy
przychodziły mi same działania, które prawdopodobnie skończyłyby się zrobieniem
sobie krzywdy. Z braku laku puściłem w odtwarzaczu na komodzie jakiś polski,
punkowy zespół, padłem na łóżko i wziąłem telefon do ręki.
Zajęło mi dosłownie kilka minut, by połączyć się z tym
świrem.
Ubrałem
bluzę, założyłem trampki i zatrzasnąłem drzwi. Obok mnie stał J., jak zawsze
szczerzący się do mnie jak popieprzony.
- A gdyby to wypaliło? Co Ty na to? – W głowie J. działo się
coś bardzo niedobrego, a ja naprawdę nie chciałem w to bardziej wchodzić.
- Stary, to nieetyczne. Tak się po prostu nie robi. –
Mruknąłem, spoglądając ze swoich butów od czasu do czasu na ciemną, oświetlaną
wyłącznie słabymi latarniami drogę. – Chcesz to pójdziesz sam. Mam szacunek do
kobiet.
- Taaa, też mam. Ale nie do tępych kurew. Nie myślisz że
sobie na to zasłużyła? Że to nie był ostatni raz? – Tu J. zaszedł mi drogę i spojrzał
mi w oczy. Bardzo nie chcąc wchodzić z nim w kontakt wzrokowy, udawałem że
rozglądam się po ulicy. – Nie. To się powtórzy po raz drugi, trzeci, dziesiąty.
Ta mała dziwka złamie mi serce po raz kolejny. Leczyłem się po niej pieprzone
półtora roku. Słuchasz mnie? – Spojrzałem w końcu na jego czerwoną od złości i
chłodu twarz. Przez chwilę pogrążyłem się w myślach, przyglądając się każdej
małej grudce na jego czole pod postacią zmarszczek.
- Jedyne co osiągniesz to pokażesz jej że nadal Ci na niej
zależy, J. – Odparłem niechętnie i wyminąłem go, skoro nadal nie zamierzał
zejść mi z drogi. – Tylko po to wyciągnąłeś mnie z domu na tę pizgawicę? By
wyżalić mi się jak pizda zamiast zakończyć tą żałosną walkę z samym sobą?
Przez chwilę czułem już na ramieniu głośniejszy oddech
wkurwionego J’ja, gotowego przywalić mi w każdej chwili, jednak w ostatnim
momencie go ochłodziłem.
- Rzuć zielsko, które ciągniesz od tamtego okresu, weź się w
garść i rozejrzyj się. Jest mnóstwo wartościowych dziewczyn dookoła. Tylko nie
umiesz tego dostrzec w… eee… takim stanie. – Usiłowałem przekazać mu tą prostą
rzecz jeszcze mniej skomplikowanym słowami, aby go przypadkiem nie obrazić.
Sądząc teraz po jego wyjątkowo zamyślonym wyrazie twarzy, chyba mi się udało.
- Masz rację, stary. Ale wiesz że to nie jest takie proste.
– Mruknął, dorównując mi znów kroku.
- Domyślam się – Westchnąłem zmęczony.
Przez następne piętnaście minut nikt się nie odzywał.
Znaczy, wydaje mi się że tyle minęło. Przez cały spacer nie wyciągnąłem
telefonu, a gdy już miałem zamiar, przypominały mi się powiadomienia od ojca
który mogły dojść w każdej chwili. Krzywię się do siebie na samą myśl. W końcu
nie wyciągam telefonu i nasz przydługi spacer J. kończy na przystanięciu przed
jakąś niewielką knajpą.
- Chodź, pogadamy w środku. Dupa mi zaraz odmarznie.
- Jeśli nadal będziesz mówił o M. z taką ekspresją, wyjebią
nas za drzwi zanim cokolwiek zamówisz. – Zauważyłem. Wskazałem mu na drzwi
knajpy.- Chodź, tylko przymknij się.
J. kiwnął głową niechętnie i pokierował się za mną do drzwi.
Otworzyłem je cicho, a zawiasy odpowiedziały nienaturalnym piskiem. Usiedliśmy
gdzieś na uboczu i gdy tylko padłem na kanapę, odpaliłem papierosa.
Znajdowaliśmy się w naszej ulubionej dziurze na obrzeżach
dzielnicy. Nie przytoczę nazwy, ponieważ minęło sporo czasu i nie byłem w
stanie przypomnieć sobie, co pod zabrudzonym napisem przed głównymi drzwiami
było dokładnie napisane. Brzydziły mnie takie miejsca jak to, ale był to
ulubiony – i jedyny do którego wciąż go wpuszczają – lokal J. Do innych od
pewnego czasu nie miał już wstępu, od kiedy właściciele dowiedzieli się o całym
tym przypale, jaki robił przed innymi miejscówkami. Niektórzy po stronach
oskarżali go o handel zielskiem, ale nie była to rzecz jaka najbardziej
interesowała mnie w tym kolesiu, więc nigdy o to nie pytałem.
Gdy tylko usadziliśmy się w wybranym odgórnie miejscu,
zamówiliśmy po jakimś piwie, później po kilka kolejek i cały czas próbowałem
przekonać przyjaciela co do zmiany decyzji swojego obiektu uczuć, chociaż ten
nie dawał za wygraną.
- Nie wiesz jakie to uczucie, zaprosić ‘kobietę swojego
życia’ w najbardziej wartościowe dla Ciebie miejsce w tym całym zapchlonym syfie,
po czym wrócić tam samemu jakiś czas później i zastać Twoją miłość z innym
pieprzonym gnojkiem!
Milczałem chwilę, myśląc co właściwie mu odpowiedzieć.
Popiół z mojego papierosa już dawno opadł na stolik siłą grawitacji i utworzył
malutki, szary kopczyk.
- A K.? – Zmarszczyłem lekko brwi. – Ona nie proponowała Ci
jakiegoś spotkania? Przecież wiesz jak jej na Tobie zależy.
- Przestań, przestań. – Warknął na mnie wymachując dłonią. –
Proszę Cię, nie rób mi tego i przestań o niej mówić. Ona spadła dwa razy tyle w
dół co M. Widziałem ją niedawno w Sound Clubie. Co tydzień przychodzi tam z
innym facetem. Dobry ma obrót, nie? – Prychnął i niemalże uderzył dłonią o
stolik tak, że nasze puste kieliszki prawie odpadły jak liście z jesiennego
drzewa na podłogę. W ostatniej chwili przytrzymałem je po kolei, by nie
sturlały się przez kant stołu.
- Słucham? – Mruknąłem pod nosem i popatrzyłem na niego
jakby niedowierzająco – Chcesz mi powiedzieć że…
- Jest głupią kurwą!
- … Naprawdę? A skąd wiesz czy to nie jest po prostu jej…
eem… bogate życie seksualne? Też takie prowadzisz, podobno – Przewróciłem
oczami – jest bardzo porządna. Czasem przychodzi do R. do skateparku w
weekendy. To jej brat. I wie o wszystkim. Skoro dba o siebie i nie roznosi syfu
to w czym problem?
J. jakby na chwilę stracił poczucie rzeczywistości i
wyłączył się z rozmowy dla głębszych zastanowień. Miałem już tego dosyć.
Przeszedłem pół dzielnicy w środku nocy, by usiąść z nim na kilka minut do
syfiastego stolika i posłuchać żali. Czułem się po prostu znudzony.
- Wychodzę. Trzymaj się. – Zostawiłem mu kasę przy
popielniczce i ruszyłem się z baru. Przeszedłem kilka kroków do głównej ulicy i
kierowałem się już tylko przed siebie w stronę domu. Noc zbliżała się ku końcowi,
a ja nadal nie skleiłem nic na gitarze. Trzecia dwanaście. Na moim telefonie
pięć nieodebranych połączeń i osiem wiadomości. Głównie od ojca, w tym dwie od
mamy. Zmarszczyłem lekko brwi i przyspieszyłem kroku.