wtorek, 1 kwietnia 2014

We running up that hill



   Nie mogę już patrzeć na jego zanikający cień za osobą, która już dawno się poddała. Nie potrafię pojąć, co go doprowadziło do takiego stanu. Nie umiem, nie chcę zrozumieć jaka była przyczyna.
Wiem tylko, że jeśli teraz go nie złapię, nie odratuję, utracę swoją miłość, swojego brata, kochanka, swoją wodę na pustyni. Chciałbym aby pozostał duchem nieco dłużej niż kolejne marne sześć tygodni, zanim pójdzie na odwyk i wróci zupełnie pusty, wygłodniały i nerwowy.

   Obserwuję go teraz z szatni, widzę jak idzie tyłem do mnie przez dym, w kierunku sceny. Co mogę zrobić? Nie wolno nam się teraz wycofać. Biorę więc pierwszy, ciężki krok i ruszam za nim, podążając wzrokiem za pasmami jego czarnych włosów.
Trzyma to w rękawie.
Udało nam się wyjść, pierwszy głębszy wdech. Patrzę na niego uważnie, lecz on udaje niewidomego. Nie widzi już mnie. Nie widzi już nas.

Nagle się odwrócił. Spojrzał mi w oczy i delikatnie się uśmiechnął. Miał na ustach rozmazany ślad po bordowej szmince. Nie mam pojęcia skąd wzięła się na jego ustach, sam nie posiadał i nie używał takiej na co dzień.
- Na co czekasz? Graj. – Odparł swoim zwyczajnym głosem. Ręce miałem jak z waty, nie miałem ochoty tego robić, nie. Chciałem się rozpłakać, zabrać go, wyrzucić, zgnieść w ręku, cokolwiek, byleby nie pozostał tutaj w tym miejscu, z Tym w rękawie.
Niestety scena zaczęła już żyć, publiczność wpatrywała się we mnie. Wiedziałem, że on też patrzy. Nie miałem wyboru.
Nawet nie zdążył zacząć śpiewać. Nie. Nie mogę. Cofnąłem się i natychmiast przestałem grać. Bez mojej linii melodycznej upadła cała ścieżka dźwiękowa, więc już po chwili niczego nie było słychać.
Ale jego to nie interesowało.