wtorek, 1 kwietnia 2014

Zima 1984



   Głuchy odgłos postukiwania obcasem cyklicznie unosił się ponuro, po czym powoli opadał w przestrzeni z powrotem na ziemię, co około pół sekundy. Mógłbym to nazwać cichym szumem porównywalnym do wiatru, jaki tworzy motyl, osiadając na listku potężnej gałęzi drzewa. Oba te dźwięki absolutnie ze sobą nie współpracują, mimo że pochodzą od jednej matki. Zakłócają moją wewnętrzną pracę. Drżenie fal w powietrzu dotarło aż do mojego ciała, wnikając pod skórę i lekko trzęsąc mięśniem. Jakby próbował szarpać, jakby chciał mnie ostrzec przed najgorszym.
Lekko spociły mi się palce, więc niedbale otarłem dłoń o wierzch dżinsu. Uczucie wilgoci pozostało, a nawet się nasiliło, jakbym zwilżył skórę w tafli jeziora, przy bezwietrznym poranku. Nadal miałem na powiekach ten sam obraz. Powtarzał się każdego dnia, jak bezmyślnie odtwarzana kliszka, przez niemądre i ciekawskie dziecko. Dla dobra tego dziecka musiałem znosić ból, będąc gotowym w każdej chwili. Niemalże przypomniała mi się Ona. Zachowywała się dokładnie w ten sam sposób. Jedne, co różniło ją od motyla, to niespotykana nieśmiałość. Nie miała odwagi poruszyć moim mięśniem, tak jak sam sobie to zrobiłem chwilę temu przez nieuwagę. Przez jej brak pewności, przegapiłem najgorsze.
Nie było mnie przy niej, gdy wylądowała za nisko, i umoczyła swoje delikatne jak płatki kwiatu skrzydełka w zwierciadle wody. Wtedy nie było już nadziei, że jeszcze uda jej się wzlecieć.

   Postukiwanie obcasów na chwilę zamilkło, a ja mogłem wreszcie przymknąć oczy. Przez chwilę zapiekło, poczułem cieniutką, miedzianą obrączkę wykończoną cieniutkimi i krótkimi igiełkami. Idealnie wpasowywała się kształtem do kącików moich oczu. Taki to właśnie był ból, po godzinach bezdechu w nocy. Teraz czułem namiastkę potliwości, porównywalnie do oceanu, w jaki wpadałem nocami. Może oczy bolą mnie właśnie od soli? Nie miałem pojęcia.

- Proszę się podpisać. Tu, oraz tutaj. – Wskazała swoim pomarszczonym jak zgniła skórka jabłka palcem punkt na papierze. Za pierwszym razem jadowicie czerwone, przedłużane tipsami paznokcie zatrzymały się w prawym górnym kącie formularza, a po chwili zjechały w dół, i znowu zastukały, tym razem między wierszami.
Wyobraziłem sobie wtedy szaleńca, który wpadł na pomysł ożywienia tego i tak spróchniałego do reszty palca błyszczącym i niezwykle jaskrawym lakierem do paznokci. Przeszedł mnie dreszcz, jak zazwyczaj, gdy jej dłoń była tak blisko mojej, teraz bezmyślnie zaciskając swoje wilgotne palce na długopisie.
Ale musiałem to zrobić. Ciche chrupotanie rozdarło na chwilę ciszę. W pomieszczeniu nie było naprawdę nic więcej słychać, jakby ktoś wyciszył pozostałe odgłosy do zera. Widocznie nikomu nie był teraz potrzebny odgłos dzieci, bawiących się na boisku za zasłoniętym szczelnie oknem za plecami kobiety. Chociaż nigdy nie widziałem świata za tamtymi żaluzjami, bardzo dobrze wiedziałem, że tam są.
- Ściany czasem drżą – Powiedziałem, po piętnastu sekundach od oderwania długopisu od formularza. Kobieta zabrała mi go sprzed oczu równie szybko, co wcześniej go podała, stuknęła kilka razy pokaźnym plikiem białych kartek i schowała go do szafki pod komputerem.
- Ach tak? – Mruknęła, najwidoczniej zbyt zajęta wertowaniem palcami stron jakiejś umowy, naliczając kartki wzrokiem.
- Gdy piłka za mocno uderzy, wtedy wiem, co się t a m dzieje. – Odparłem spokojnie. Nie było potrzeby się spieszyć. Tutaj nie trzeba podnosić głosu. I tak nikt tego by nie wysłuchał. Mogłem godzinami mówić do siebie, a skończę tak, jak ostatnimi miesiącami kończyłem cały czas.
Kobieta zwróciła się do mnie, powoli przekręcając całe ciało na krześle obrotowym. Swobodnie oparła łokcie o biurko i splotła w koszyk próchniejące palce, dając jej ciężkiej i trójkątnej głowie podparcie. Gdyby ten sam gest uczyniłaby Ona, na pewno nic tego dnia już by mnie nie poruszyło. Gest swoim urokiem uśpiłby mnie do końca dnia. Ale ponieważ siedziała przede mną najmniej sympatyczna osoba na tej ziemi, wciąż nie mogłem rozluźnić mięśni.
- Nie ma żadnej piłki, mój drogi. To wyłącznie Twoja wyobraźnia. Ten budynek jest stary, i dobrze wiesz, że nie ma dziecka, które chętnie zabłądziłoby tutaj, co dopiero zabierając ze sobą tak drogi przedmiot jak piłka. Do takich zabaw służą odpowiednio przygotowane miejsca. A nasza klinika jest po to, by pomagać, a nie, by bawić.
Poczułem własne paznokcie, nieświadomie wbijające się pod materiał dżinsu. Był już niemal cały przesiąknięty potem, ale Ocean mojej głowy był wciąż jeszcze za mało zasolony. Każdego dnia, ta postać siedząca przede mną przychodzi pod mój Ocean nieproszona i dosypywała szczyptę soli. Płakałem nad tym zjawiskiem. „Oszczędźcie motyla!” krzyczałem.
Jednak wszystkie przybyłe motyle dotykały już skrzydełkami miękkich glonów na dnie ciemnej wody.


- Ale obiecujesz, że t a m zajdziemy? – Zaśmiała się, ciągnąc mnie za ręce w kierunku soczystej, pełni życia wierzby. Upadłem obok niej na trawę, tak miękką, że moje plecy w ogóle nie poczuły pod sobą gruntu. Jej szkarłatne, długie włosy rozlewały się na tym dywanie jak kubeł rozlanej farby.
- Obiecuję – Odparłem. Przyglądałem się jej niezmiennie cały czas. Przewróciłem się na bok, podparty łokciem, by móc lepiej się jej przyjrzeć. Jasność jej skóry oślepiała mnie. Miałem wrażenie, że odbija całe światło od siebie i wysyła ze zdwojoną siłą do Nieba. Och, jakże pięknie to wyglądało na tle soczystej trawy! Bardzo rozbolały mnie oczy od patrzenia na Nią.
Po chwili podniosła się do siadu, na kolana. Biała suknia rozlała się podobnie do jej włosów, przez co wyglądała jak niestaranne, pełne smutku dzieło artysty. W końcu to smutek był jej imieniem, które nosiła od niepamiętnych czasów.
Po chwili przybliżyła się niżej do mnie. Moją szyję załaskotało pierze jej włosów.
- Posłuchaj tej wierzby. Nie uważasz, że wieje bardzo nienaturalnie? -  Wyszeptała z nutą czystego, niewinnego rozbawienia.
- To dlatego, że jest niezwykle radosna, widząc nas tutaj.  – Wyjaśniłem – myślę że nigdy nie dostała lepszego prezentu, niż dwoje tak idealnych ludzi, jak my.
Zmarszczyła na chwilę nosek, co na sekundę zamieniło się w lekko pomiętą pościel między jej oczami. – Radosna? A co w tym nienaturalnego? Przecież szczęście jest bardzo naturalne.
- Jak bardzo naturalne? – Spytałem.
- Prawie tak naturalne, jak każdy strącony liść jesienią. Pomyśl, ile naturalności musi wypełniać każdy ten opadający liść. Każdy z nich najpierw uformował się sam. Dopiero potem przyszło mu opaść. Ale to bardzo naturalne, ponieważ taki los był mu przeznaczony od dawna.
Zamyśliłem się, przez chwilę wpatrując w leniwie płynące po niebie ślady chmur.
- Ich upadek oznaczał także koniec. Śmierć, nieodwracalny rozpad. Kawałki zaschniętego liścia zamieniają się powoli w drobinki mniejsze i mniejsze, w końcu na zawsze znikając.


Prawie tak, jak rozpuszczające się skrzydła motyli w oceanie, pomyślałem.


Zniknęła zimą 1984 roku. Pozostawiła po sobie tylko mały skrawek papieru, wyrwany od linijki z jej osobistego notesu, najpewniej ostatniej strony. Wciąż było widać ślady po spinaczu na jednym z rogów kartki.
„Przepraszam, że zrobiłam to tak niespodziewanie. Powinnam Cię wcześniej uprzedzić o decyzji Sumienia. Kazało mi przyjść ze świecą do mojego łóżka i ogrzać moją pościel. Pamiętasz, jak nienawidziłeś spać na mokrym prześcieradle? Zawsze było wilgotne od moich wszystkich Słabości. Tej nocy też śpię ze Słabością, ale dzisiaj już nie będzie tak wilgotno. Skoro Sumienie obiecało przyjść ze świecą do łóżka, to znaczy, że ma w tym jakiś interes. Jestem niezwykle podniecona na tą myśl, nie mogę się doczekać naszych rozmów!
Jak zawsze, będę czekać na Ciebie o 19:00 koło dworca. Nie spóźnij się!”

Nie było jeszcze wtedy leku na jej własną, osobistą chorobę. Nikt nie umiał powiedzieć, co tak naprawdę ją dręczyło. Jedni mówią, że była tak spokojna, ponieważ przed zagładą wszystko już miała uporządkowane. Posprzątała tego dnia cały dom. Poukładała swoje sukienki, jedna przy drugiej w rządku, od tej najdrożej, po zwykłą, codzienną spódnicę. Każdy cieszył się, widząc taką poprawę w oczach tej dziewczyny.
Przyszedłem do sypialni. Między palcami przesypał mi się popiół spalonych szczątek łóżka. Na nim leżała Ona, jak zawsze idealna. Tym razem może i nie była rozlana po płótnie. Mogłem nawet powiedzieć, że widząc te wszystkie zwęglone kości była zastanawiająco otępiała.