środa, 2 kwietnia 2014

Niedostrzegalny



Zbliżałem się właśnie do pociągu. Stał i huczał na mnie nieznośnie, dym wydobywał się ciężko spod ołowianych kul na których miał się zaraz potoczyć do mojego rodzinnego miasta. Było mi cholernie przykro, że muszę pozostawić to miejsce po raz kolejny za sobą. Zostawić, jakby nigdy nie istniało, jakby wcale nie dawało mi przyjemnego, masochistycznego poczucia osamotnienia.
Nikogo tam nie znałem. Nikt nie znał mnie. Przyjeżdżałem do tej wielkiej, dusznej metropolii raz na kilka miesięcy i pozostawałem na trzy, cztery dni. Wynajmowałem najtańszy hotel umiejscowiony blisko centrum. W progu mieszkania zdejmowałem buty, płaszcz i siadałem na podwójnym, idealnie zaścielonym łóżku. Na około półtorej godziny włączałem telewizję, spokojnie słuchałem wiadomości po czym kładłem się spać. Rano hotelowe śniadanie. Wychodziłem zazwyczaj w klapkach pozostawionych w łazience dla przejezdnego gościa, schodziłem na dół, zjadałem prosty posiłek. Przyglądałem się każdej z twarzy z osobna, jak porusza się głowa przy podnoszeniu jej na widok za oknem, jak pracują mięśnie szczęki przy przeżuwaniu. Dobrze, że mnie nie znają, myślałem. Mogę przyglądać się każdemu z osobna, nikt nie poczuje presji mojego wzroku.
Jestem zwyczajnie Niedostrzegalny. Naturalnie pomijany przez wzrok innych badaczy.
Później oddawałem się ulubionym zajęciom. Przy miejscu, gdzie przychodziło mi się zatrzymać umiejscowiony jest duży, szeroki most dla przejeżdżających nad kanałem samochodów osobowych. Przechodziłem więc przez niego dwadzieścia sześć razy, po trzynaście w każdą stronę. Mogę sobie na to pozwolić, przecież jestem Niedostrzegalny. Nikt mi nie powie że to bezsensowne zajęcie nie mające żadnego sensu. Zachodzę też do kawiarni, gdzie sam realizuje swoje zamówienie. Czasem mogą dziwnie spojrzeć na to, co robią moje ręce, gdy przechodzę za ladę i sam przygotowuję sobie gorącą kawę bez cukru, ale ostatecznie wzruszają ramionami i pracują dalej w ustalonym rytmie.
Gdy zbliżało się południe, zabierałem swoją niewielką czarną teczkę i z kawiarni wychodziłem znów do miasta. Tym razem nie w kierunku mostu, a do kwiaciarni. Kompletowałem sobie najpiękniejsze i najbardziej uwodzicielsko pachnące kwiaty jakie potrafiłem wyszukać. Nie mogłem spytać nikogo o opinię na temat kwiatów, więc po prostu wychodziłem z najbardziej interesującym mnie bukietem jaki udało mi się stworzyć. Odkładałem kwiaty na środku ulicy, przyglądając się przez chwilę w kącie jak przechodzące kobiety zabierały je zaciekawione z ziemi, a mężczyźni po prostu oglądali przechodząc obok. Dzieci obrywały kilka kolorowych główek róż i wplatały je we włosy, a starsze panie szukały po torebkach czegoś, co pozwoliłoby zachować roślinie zdrowy wygląd. Obtaczały więc gałązki mokrymi chusteczkami. W tamtym momencie byłem już znów w drodze do mieszkania hotelowego, by włączyć telewizję na półtorej godziny i położyć się do łóżka.

Zająłem miejsce w pociągu ostatni raz spoglądając na widok przez zabrudzoną szybę. Będę tęsknił za tym miejscem. Magicznym miastem wrażeń, gdzie wszystko splecione jest ciasno taśmą pozornego bezpieczeństwa i dysfunkcyjnego myślenia.