Zbliżałem się właśnie do pociągu. Stał i huczał na mnie
nieznośnie, dym wydobywał się ciężko spod ołowianych kul na których miał się
zaraz potoczyć do mojego rodzinnego miasta. Było mi cholernie przykro, że muszę
pozostawić to miejsce po raz kolejny za sobą. Zostawić, jakby nigdy nie
istniało, jakby wcale nie dawało mi przyjemnego, masochistycznego poczucia
osamotnienia.
Nikogo tam nie znałem. Nikt nie znał mnie. Przyjeżdżałem do
tej wielkiej, dusznej metropolii raz na kilka miesięcy i pozostawałem na trzy,
cztery dni. Wynajmowałem najtańszy hotel umiejscowiony blisko centrum. W progu
mieszkania zdejmowałem buty, płaszcz i siadałem na podwójnym, idealnie
zaścielonym łóżku. Na około półtorej godziny włączałem telewizję, spokojnie
słuchałem wiadomości po czym kładłem się spać. Rano hotelowe śniadanie.
Wychodziłem zazwyczaj w klapkach pozostawionych w łazience dla przejezdnego
gościa, schodziłem na dół, zjadałem prosty posiłek. Przyglądałem się każdej z
twarzy z osobna, jak porusza się głowa przy podnoszeniu jej na widok za oknem,
jak pracują mięśnie szczęki przy przeżuwaniu. Dobrze, że mnie nie znają,
myślałem. Mogę przyglądać się każdemu z osobna, nikt nie poczuje presji mojego
wzroku.
Jestem zwyczajnie Niedostrzegalny. Naturalnie pomijany przez
wzrok innych badaczy.
Później oddawałem się ulubionym zajęciom. Przy miejscu,
gdzie przychodziło mi się zatrzymać umiejscowiony jest duży, szeroki most dla
przejeżdżających nad kanałem samochodów osobowych. Przechodziłem więc przez
niego dwadzieścia sześć razy, po trzynaście w każdą stronę. Mogę sobie na to
pozwolić, przecież jestem Niedostrzegalny. Nikt mi nie powie że to bezsensowne
zajęcie nie mające żadnego sensu. Zachodzę też do kawiarni, gdzie sam realizuje
swoje zamówienie. Czasem mogą dziwnie spojrzeć na to, co robią moje ręce, gdy
przechodzę za ladę i sam przygotowuję sobie gorącą kawę bez cukru, ale
ostatecznie wzruszają ramionami i pracują dalej w ustalonym rytmie.
Gdy zbliżało się południe, zabierałem swoją niewielką czarną
teczkę i z kawiarni wychodziłem znów do miasta. Tym razem nie w kierunku mostu,
a do kwiaciarni. Kompletowałem sobie najpiękniejsze i najbardziej uwodzicielsko
pachnące kwiaty jakie potrafiłem wyszukać. Nie mogłem spytać nikogo o opinię na
temat kwiatów, więc po prostu wychodziłem z najbardziej interesującym mnie
bukietem jaki udało mi się stworzyć. Odkładałem kwiaty na środku ulicy,
przyglądając się przez chwilę w kącie jak przechodzące kobiety zabierały je
zaciekawione z ziemi, a mężczyźni po prostu oglądali przechodząc obok. Dzieci
obrywały kilka kolorowych główek róż i wplatały je we włosy, a starsze panie
szukały po torebkach czegoś, co pozwoliłoby zachować roślinie zdrowy wygląd.
Obtaczały więc gałązki mokrymi chusteczkami. W tamtym momencie byłem już znów w
drodze do mieszkania hotelowego, by włączyć telewizję na półtorej godziny i
położyć się do łóżka.
Zająłem miejsce w pociągu ostatni raz spoglądając na widok
przez zabrudzoną szybę. Będę tęsknił za tym miejscem. Magicznym miastem wrażeń,
gdzie wszystko splecione jest ciasno taśmą pozornego bezpieczeństwa i
dysfunkcyjnego myślenia.