Wyszedłem
na pociąg tego samego dnia od dostania listu, o godzinie równo osiemnastej
czterdzieści pięć. Jej śmierć była nieistotna, w obliczu obowiązku, jaki na
mnie zrzuciła. W swoim płóciennym, czarnym plecaku na ramieniu miałem butelkę
wody nie gazowanej, ulubioną książkę oraz jej kość udową. Gdy ją zabrałem, była
czarno brązowa, i jej powłoka nieco osypała mi się na dłoń. Cuchnęła podobnie
jak spalone włosy późnym, intymnym wieczorem. Kiedy każdy zmysł jest
wyostrzony, nawet palone włosy nachodzą nieznanym, eterycznym aromatem z
kosmosu. Uważam, że każdy powinien doświadczyć uczucia zapachów wyższych.
Moje kroki było słychać przy każdym zetknięciu podeszwy buta
o ubity śnieg. Wydawały przyjemny, cichy zgrzyt, podobny do zniekształconego
odgłosu zamykania zardzewiałych drzwi. Bardzo dziwny odgłos, pomyślałem.
Mijałem kolejne wysokie, martwe budynki, przechodziłem przez śliskie, asfaltowe
przejścia dla pieszych, a na moje ramiona i czubek głowy leniwie opadały
strzępy anielskich skrzydeł, pod postacią śniegu. Wyobrażałem sobie że Ona
chodzi właśnie po puszystych łąkach z chmur, wprawiając w ruch swoją koronkową,
białą sukienkę i opuszcza jej strzępki do mnie. Zupełnie tak jakby chciała
powiedzieć „nie martw się, jestem tutaj i teraz już nic mi nie przeszkodzi”.
Słyszałem jej myśli jak delikatnie mrowiące tył mojej głowy fale mózgowe.
Naszym przekaźnikiem była ta właśnie zwęglona kość udowa.
Na miejsce dotarłem o osiemnastej pięćdziesiąt siedem. Na
peronie poza mną nie było nikogo. Była tak gęsta mgła, że sam koniec stacji
uciekał jeszcze daleko za pole mlecznego dymu, który zwalił się całym swoim
ciężarem na powierzchnię miasta i usnął milcząco.
Na sam widok przymknąłem na chwilę zmęczone oczy. Poza
małymi stuknięciami śniegu zderzającego się z kurtką, nie słyszałem absolutnie
nic. Miasto momentalnie oddaliło się wiele kilometrów stąd, jakby odjechało
zamiast pociągu.
On jednak stał. Martwy, jak wielki, mechaniczny wąż,
przygniatany przez siłę mgielnej matki do podłoża, osiadły na swoim legowisku,
torach. Wziąłem głęboki wdech nosem, czując kłujący mróz na każdym najmniejszym
włosku wewnątrz nozdrzy. Takie to było zimno! Jak Ona miałaby tu dzisiaj
wytrzymać, czekając na mnie, jedynie w swojej cieniutkiej, białej sukience?
Otworzyłem ponownie oczy i ruszyłem głucho w kierunku
pociągu. Miał osiem wagonów, bez lokomotywy na przedzie. Nie miałem pojęcia,
gdzie się mogła podziać. Podejrzewam, że zabrano ją stąd dawno temu, od kiedy
tylko peron, jak i cały dworzec przestał być użyteczny. Ludzie zabili to
miejsce własną nieużywalnością. A może właśnie dopiero co go obudzili? Może
gwar, jaki się tu kiedyś unosił, zabijał duszę każdemu peronowi, a tutejsze
węże wolały leżeć czujnie bądź spać, niżeli wozić każdą, paskudną mrówkę na
drugi koniec kraju?
Położyłem plecak na ziemi i wyjąłem kość. Nic się w niej nie
zmieniło, cały czas tak samo ciężka, zwęglona, lekko sypka i piękna, jak ona. Gdybym
był częścią ciała, z pewnością byłbym jednym z żeber blisko serca, pomyślałem.
Udo to jednak nadal za duża odległość do jej najpiękniejszych rejonów w ciele.
Słabe światło pobliskiej żółtawej latarni oświetlało tylko
pewien profil kości, nadając jej złowieszczy kształt i charakter. „Co robisz?
Przecież już do niej nie należysz, odłączyłem Cię od reszty ciała, które nie
było Ci już do niczego potrzebne. Proszę, nie płacz, wiem że oddzielenie Cię od
Twoich Braci było ciężkie, razem od urodzenia wykonywaliście wspólnie tę samą,
monotonną pracę.” Mówiłem do niej, ale kość milczała i nadal przyglądała mi się
złowieszczo.
Nie mogłem znieść tego widoku i po prostu zapłakałem
żałośnie. W otoczeniu peronu, mogły mnie usłyszeć tylko zimne i uśpione
mechanizmy. Niech widzą, jak cierpię! Nie miałem się czego wstydzić. Nie tutaj.
Przed Rzeczywistością musiałem udawać mistrza sztuki w teatrze mimów, to był
jej ulubiony spektakl. Miałem na sobie zawsze białą maskę, z wyciętymi otworami
na oczy oraz wygiętą w miejscu ust szramą w kształcie uśmiechu. Pokazywałem
Rzeczywistości cały czas to samo przedstawienie. Podniesienie kurtyny, moje
powstanie, chwilowy taniec pośród cierni, w poszukiwaniu pięknych kwiatów.
Potem powrót do domu, i tam kolejny upadek. Rzeczywistość płakała, mówiąc jak
wspaniały był mój występ. Kłaniałem się nisko. Potem Rzeczywistość odchodziła,
zostawiając rachunek. Na dole wynagrodzenia było napisane małym druczkiem
„coraz bardziej mi się nie podoba! Mogę niedługo przestać przychodzić!”. Wtedy
ściągałem maskę i w końcu, poza obecnością Rzeczywistości znowu płakałem. To
znaczy, że pewnego wieczoru na dobre zakończę spektakl i zamknę swój teatr,
ostatnim upadkiem, ostatnim westchnięciem i upadkiem. A ona wyjdzie, i niewzruszona
ruszy do kolejnego miejsca, gdzie zaserwują ciekawszą rozgrywkę.
- To naprawdę nie była moja wina, że teatr traci na
wartości! – Krzyknąłem – Brakuje motyli! Wiele motyli! Gdzie moje motyle?!
Upadłem na zimny bruk przed wagonem i płakałem dalej. Każde
gorzkie wspomnienie tylko dopowiadało mi, jak wiele zależy od humorów
Rzeczywistości. Ostatnio naprawdę zmarniała, chyba nawet wychudła. Czy to przez
wciąż pogarszający się Jej stan? Naprawdę nie wiem. Nigdy nie mogłem też
spytać. Rzeczywistość jest niemową. Swoje zdanie okazuje tylko tym, czy pod
koniec seansu rzuci we mnie szkłem z kieliszków wina, które jej zawsze podaje,
czy wyjdzie bez słowa. Osobiście wolę, gdy nie pozostawia po sobie nic. Kawałki
szkła bardzo ciężko wyciągnąć z między palców.
Dzisiaj popełniła jednak niewybaczalny błąd. Zabrała poza
scenę Ją, więc i sens mojego teatru. Bez niej teatr nie mógł już dłużej
istnieć. Wymarł, jej jedyny gość prawie się już nie pojawia, sam jej zresztą
nie zapraszam. Od kilku dni na drzwiach wejściowych pisze dużym drukiem
„przerwa w nagraniach” i od tamtej pory nigdzie jej nie widać. Może chciała Ją
jednak przyprowadzić na któreś z przedstawień?
Rzuciłem gwałtownie kością w okno wagonu. Piękną ciszę i sen rozerwał jak płótno przeszywający dźwięk bitego szkła. Kość spoczęła wewnątrz węża na ziemi, pośród drobinek skorup łez. Pozostawiła w szybie bezkształtną, wieloramienną figurę geometryczną.
Dziewiętnasta zero jeden. Udałem się na koniuszkach palców z
powrotem w stronę miasta.
- Odpocznij, odpocznij. Wnętrze węża zawsze będzie ciepłe. –
Uśmiechałem się do siebie, zmierzając w stronę schodów do podziemi dworca.
Kruki spoczywające na pobliskim drzewie przyglądały się
budynkowi z daleka. Lekko trzepotały skrzydłami, jakby próbowały znaleźć sobie
miejsce między nagimi gałęziami drzewa. Było ich około piętnastu. Zachowały
zupełne milczenie.
Strzał.
Ptaki oderwały się pazurkami, każde w tym samym momencie
wzbiło się w powietrze. Zakrakały głośno, gardłowo i przestrzennie. Poleciały w
bezpieczne rejony miasta, zostawiając dworzec już do końca bezludnym miejscem.
Szkoda że nie przyszło mi zobaczyć już pięknego, czarnego
malowidła, ścian dworca posmarowanych moim mózgiem.