wtorek, 1 kwietnia 2014

Zima 1984 p.2



            Wyszedłem na pociąg tego samego dnia od dostania listu, o godzinie równo osiemnastej czterdzieści pięć. Jej śmierć była nieistotna, w obliczu obowiązku, jaki na mnie zrzuciła. W swoim płóciennym, czarnym plecaku na ramieniu miałem butelkę wody nie gazowanej, ulubioną książkę oraz jej kość udową. Gdy ją zabrałem, była czarno brązowa, i jej powłoka nieco osypała mi się na dłoń. Cuchnęła podobnie jak spalone włosy późnym, intymnym wieczorem. Kiedy każdy zmysł jest wyostrzony, nawet palone włosy nachodzą nieznanym, eterycznym aromatem z kosmosu. Uważam, że każdy powinien doświadczyć uczucia zapachów wyższych.
Moje kroki było słychać przy każdym zetknięciu podeszwy buta o ubity śnieg. Wydawały przyjemny, cichy zgrzyt, podobny do zniekształconego odgłosu zamykania zardzewiałych drzwi. Bardzo dziwny odgłos, pomyślałem. Mijałem kolejne wysokie, martwe budynki, przechodziłem przez śliskie, asfaltowe przejścia dla pieszych, a na moje ramiona i czubek głowy leniwie opadały strzępy anielskich skrzydeł, pod postacią śniegu. Wyobrażałem sobie że Ona chodzi właśnie po puszystych łąkach z chmur, wprawiając w ruch swoją koronkową, białą sukienkę i opuszcza jej strzępki do mnie. Zupełnie tak jakby chciała powiedzieć „nie martw się, jestem tutaj i teraz już nic mi nie przeszkodzi”. Słyszałem jej myśli jak delikatnie mrowiące tył mojej głowy fale mózgowe. Naszym przekaźnikiem była ta właśnie zwęglona kość udowa.

Na miejsce dotarłem o osiemnastej pięćdziesiąt siedem. Na peronie poza mną nie było nikogo. Była tak gęsta mgła, że sam koniec stacji uciekał jeszcze daleko za pole mlecznego dymu, który zwalił się całym swoim ciężarem na powierzchnię miasta i usnął milcząco.
Na sam widok przymknąłem na chwilę zmęczone oczy. Poza małymi stuknięciami śniegu zderzającego się z kurtką, nie słyszałem absolutnie nic. Miasto momentalnie oddaliło się wiele kilometrów stąd, jakby odjechało zamiast pociągu.
On jednak stał. Martwy, jak wielki, mechaniczny wąż, przygniatany przez siłę mgielnej matki do podłoża, osiadły na swoim legowisku, torach. Wziąłem głęboki wdech nosem, czując kłujący mróz na każdym najmniejszym włosku wewnątrz nozdrzy. Takie to było zimno! Jak Ona miałaby tu dzisiaj wytrzymać, czekając na mnie, jedynie w swojej cieniutkiej, białej sukience?

Otworzyłem ponownie oczy i ruszyłem głucho w kierunku pociągu. Miał osiem wagonów, bez lokomotywy na przedzie. Nie miałem pojęcia, gdzie się mogła podziać. Podejrzewam, że zabrano ją stąd dawno temu, od kiedy tylko peron, jak i cały dworzec przestał być użyteczny. Ludzie zabili to miejsce własną nieużywalnością. A może właśnie dopiero co go obudzili? Może gwar, jaki się tu kiedyś unosił, zabijał duszę każdemu peronowi, a tutejsze węże wolały leżeć czujnie bądź spać, niżeli wozić każdą, paskudną mrówkę na drugi koniec kraju?

Położyłem plecak na ziemi i wyjąłem kość. Nic się w niej nie zmieniło, cały czas tak samo ciężka, zwęglona, lekko sypka i piękna, jak ona. Gdybym był częścią ciała, z pewnością byłbym jednym z żeber blisko serca, pomyślałem. Udo to jednak nadal za duża odległość do jej najpiękniejszych rejonów w ciele.
Słabe światło pobliskiej żółtawej latarni oświetlało tylko pewien profil kości, nadając jej złowieszczy kształt i charakter. „Co robisz? Przecież już do niej nie należysz, odłączyłem Cię od reszty ciała, które nie było Ci już do niczego potrzebne. Proszę, nie płacz, wiem że oddzielenie Cię od Twoich Braci było ciężkie, razem od urodzenia wykonywaliście wspólnie tę samą, monotonną pracę.” Mówiłem do niej, ale kość milczała i nadal przyglądała mi się złowieszczo.

Nie mogłem znieść tego widoku i po prostu zapłakałem żałośnie. W otoczeniu peronu, mogły mnie usłyszeć tylko zimne i uśpione mechanizmy. Niech widzą, jak cierpię! Nie miałem się czego wstydzić. Nie tutaj. Przed Rzeczywistością musiałem udawać mistrza sztuki w teatrze mimów, to był jej ulubiony spektakl. Miałem na sobie zawsze białą maskę, z wyciętymi otworami na oczy oraz wygiętą w miejscu ust szramą w kształcie uśmiechu. Pokazywałem Rzeczywistości cały czas to samo przedstawienie. Podniesienie kurtyny, moje powstanie, chwilowy taniec pośród cierni, w poszukiwaniu pięknych kwiatów. Potem powrót do domu, i tam kolejny upadek. Rzeczywistość płakała, mówiąc jak wspaniały był mój występ. Kłaniałem się nisko. Potem Rzeczywistość odchodziła, zostawiając rachunek. Na dole wynagrodzenia było napisane małym druczkiem „coraz bardziej mi się nie podoba! Mogę niedługo przestać przychodzić!”. Wtedy ściągałem maskę i w końcu, poza obecnością Rzeczywistości znowu płakałem. To znaczy, że pewnego wieczoru na dobre zakończę spektakl i zamknę swój teatr, ostatnim upadkiem, ostatnim westchnięciem i upadkiem. A ona wyjdzie, i niewzruszona ruszy do kolejnego miejsca, gdzie zaserwują ciekawszą rozgrywkę.
- To naprawdę nie była moja wina, że teatr traci na wartości! – Krzyknąłem – Brakuje motyli! Wiele motyli! Gdzie moje motyle?!

Upadłem na zimny bruk przed wagonem i płakałem dalej. Każde gorzkie wspomnienie tylko dopowiadało mi, jak wiele zależy od humorów Rzeczywistości. Ostatnio naprawdę zmarniała, chyba nawet wychudła. Czy to przez wciąż pogarszający się Jej stan? Naprawdę nie wiem. Nigdy nie mogłem też spytać. Rzeczywistość jest niemową. Swoje zdanie okazuje tylko tym, czy pod koniec seansu rzuci we mnie szkłem z kieliszków wina, które jej zawsze podaje, czy wyjdzie bez słowa. Osobiście wolę, gdy nie pozostawia po sobie nic. Kawałki szkła bardzo ciężko wyciągnąć z między palców.
Dzisiaj popełniła jednak niewybaczalny błąd. Zabrała poza scenę Ją, więc i sens mojego teatru. Bez niej teatr nie mógł już dłużej istnieć. Wymarł, jej jedyny gość prawie się już nie pojawia, sam jej zresztą nie zapraszam. Od kilku dni na drzwiach wejściowych pisze dużym drukiem „przerwa w nagraniach” i od tamtej pory nigdzie jej nie widać. Może chciała Ją jednak przyprowadzić na któreś z przedstawień?

Rzuciłem gwałtownie kością w okno wagonu. Piękną ciszę i sen rozerwał jak płótno przeszywający dźwięk bitego szkła. Kość spoczęła wewnątrz węża na ziemi, pośród drobinek skorup łez. Pozostawiła w szybie bezkształtną, wieloramienną figurę geometryczną.

Dziewiętnasta zero jeden. Udałem się na koniuszkach palców z powrotem w stronę miasta.
- Odpocznij, odpocznij. Wnętrze węża zawsze będzie ciepłe. – Uśmiechałem się do siebie, zmierzając w stronę schodów do podziemi dworca.



Kruki spoczywające na pobliskim drzewie przyglądały się budynkowi z daleka. Lekko trzepotały skrzydłami, jakby próbowały znaleźć sobie miejsce między nagimi gałęziami drzewa. Było ich około piętnastu. Zachowały zupełne milczenie.
Strzał.
Ptaki oderwały się pazurkami, każde w tym samym momencie wzbiło się w powietrze. Zakrakały głośno, gardłowo i przestrzennie. Poleciały w bezpieczne rejony miasta, zostawiając dworzec już do końca bezludnym miejscem.
Szkoda że nie przyszło mi zobaczyć już pięknego, czarnego malowidła, ścian dworca posmarowanych moim mózgiem.